***
Czuję się jak niewierna egoistka. Powodem - mój blog i moje pisanie...
Kiedyś potrafiłam pisać o wielu rzeczach, codziennie, praktycznie o wszystkim...
Kultywować sztukę pisania.
Bawić się wyrazem.
Dzisiaj, chcę ubierać myśli w napisane słowa, dopiero wtedy gdy sobie z nimi nie potrafię poradzić inaczej.
Gdy ich nadmiar pęcznieje i rozrywa usta, głowę, serce... Mnie.

A teraz zdecydowanie nie potrafię.
Tyle we mnie złości, tyle furii. I wspomnień.
Dojrzałość i odpowiedzialność próbują dojść do głosu...
a ja staram się za wszelką cenę ich nie dopuścić do świadomości.

Dobija mnie poczucie pustki i cisza, która zgodnie z powiedzeniem zawsze krzyczy najgłośniej.
Dobijają mnie zamknięte drzwi, które dla mnie i innych zawsze stały otworem.

Boli mnie to, że charakterystyczny niebieski fotel zajęła inna osoba. Niegodna tego miejsca.
Że muszę ją oglądać, jak z poczuciem triumfu przechadza się nie swoimi korytarzami.
I że nie mogę dać się sprowokować. Bo przecież mam klasę.

Od blisko tygodnia uświadamiam sobie
jak trudno jest być, gdy się nie wie w jaki sposób można być "obok".
Gdy się nie wie co jeszcze można by zrobić/powiedzieć
żeby choć trochę pomóc, ulżyć.
Jak trudno wymyślać preteksty, żeby się odezwać do kogoś bliskiego
w taki sposób, żeby broń boże nie pomyślał, że to jakaś litość.

W pracy nigdy nie musiałam mówić o uczuciach. Zawsze wystarczało jedno spojrzenie i pół mrugnięcia, żeby wszystko było jasne. Każda emocja.
A teraz?
...To by było w naszych relacjach takie nowe, gdybym powiedziała że
potrzebuję kontaktu, rozmowy, uśmiechu...gdybym powiedziała, że tęsknię. Naprawdę tak cholernie tęsknię.
Dziwnie to wybrzmiewa. Tak jakoś egoistycznie.
A nie o mnie tu chodzi.

W pracy muszę być silna i uśmiechnięta, bo tego oczekują ode mnie ludki na szkoleniach.
Trener ze zwieszonym na kwintę nosem - to nie jest coś do przyjęcia.
Więc się uśmiecham, żartuję, rechoczę.
I wpędzam samą siebie w wyrzuty sumienia... bo to zdecydowanie nie jest czas na śmiechy.

Wiem, że to minie. Że emocje da się wyciszyć.
Że racjonalnie patrząc świat się nie skończył.
Że trzeba iść dalej, po nowe wyzwania - i to jest najmądrzejsze co mogę zrobić.

Ale zanim gdziekolwiek pójdę dalej, chcę się zatrzymać na chwilę w miejscu.
Powspominać, popłakać....z żalu, poczucia niesprawiedliwości i bezsilności.

Tak - popłakać.
Teraz mogę, kiedy nikt nie widzi.
Kiedy moje łzy nikogo jeszcze bardziej nie rozczulą.
Kiedy nikt nie będzie mógł zarzucić mi tego, że robię to na pokaz.
Przeboleć w sobie stratę wartościowego człowieka na tej zawodowej tratwie.
I wierzyć, że uda nam się kiedyś dopłynąć do wspólnego portu,
w którym powróci uśmiech i przede wszystkim energia do działania.

Bardzo mi jej teraz brakuje.


Świteź 2012-03-28 00:44:53
skomentuj (0)

Czekając na...
Czuję jesień w środku lata.
I nie wiem, czy wynika to z tego, że pogoda za oknem nie wiadomo jaka
czy bardziej z tego, że coś gdzieś we mnie pęka i z kroplami dawno niewidzianego deszczu
sączą się emocje...

Reminiscencje.
Refleksje.
Reformacja?

Dlaczego człowiek - niezależnie od tego jak długo żyje na tym świecie - nie jest w stanie pamiętać
w momencie podejmowania jakichś decyzji
że każda z nich - podjęta naprędce
albo dla odmiany odkładana na przysłowiowe "święte nigdy",
będzie miała wpływ na naszą przyłość.
Nie "ewentualnie" albo być "może"
tylko kurde na pewno.

Że pewne sprawy przez to będą się ciągnąć jak flaki z olejem
Że pewne kwestie przez to nigdy nie będą mogły się wydarzyć
A jeszcze inne - wydarzą się z całą pewnością i to szybciej niż moglibyśmy się spodziewać

I zawsze finał jest taki
że stajemy pewnego dnia przed lustrem
z rozdziawioną szeroko buzią
i dziwimy się, jak to możliwe
że tak koncertowo udało nam się spieprzyć tak prostą sprawę...

Świteź 2011-08-23 23:32:26
skomentuj (0)

I will try, I just need a little time To get your face right out of my mind...

Próbowałam, próbowałam... i będę próbować przez resztę życia chyba.
Tak to jest jak coś się w człowieku zaszczepi i nie chce odpuścić.

Może jestem za słaba? Może pod płaszczykiem siły i megaenergii kryje się coś niedobrego?
To tak jak bym byla bombą zegarową bez zegara... Im szybciej cyka serce tym szybciej nastąpi eksplozja.
Ale brak jakichkolwiek wskazówek kiedy się to zdarzy.
Paradoksalnie nie niszczy to nikogo i niczego dookoła - tylko i wyłącznie mnie.

Im bardziej powtarzam sobie, że chcę to zwalczyć - tym intensywniej myślę o tym, co mi robi krzywdę i przyciągam to do siebie.
Im bardziej staram się nie zwracać na to uwagi - tym częściej samoistnie owo "cos"powraca.

I nie umiem odnaleźć reguły, podpowiedzi, która pozwoliłaby na jakiekolwiek ukojenie.

Nową miłością starej sie nie zastąpi.
Nowe uczucie starego nie wygasza. Co najwyżej maskuje. Na jakiś czas.
I jest to potwornie nieuczciwe wobec nowej osoby.

Dlaczego człowiek nie jest w stanie przyzwyczaić się do tego co go rani?
Dlaczego zawsze pojawia się niewiadomo skąd ten sam idiotyczny moment zaskoczenia,
jeżeli sytuacja się powtarza zgodnie z pewnym rytmem wydarzeń?
Przecież to można przewidzieć.
Przygotować się.

A co gorsza, kiedy ktoś pyta co sie dzieje;
Kiedy chce słuchać i daje przyzwolenie na wylanie z siebie całego bólu i żalu
W miejsce otwartego czlowieka, który potrzebuje i chce mówić
Zjawia sie mała dziewczynka, która wstydzi się powiedzieć calą prawdę.
Wstydzi się przyznać jaka była głupia.
Chociaż nie ma czego się wstydzić.
Chociaż chciała dobrze, ale po prostu się nie udało...

...bo wydaje się to nieprawdopodobne żeby człowiek "z takim potencjałem" mógł kiedyś być tak głupi.
Ano był.
I dzisiaj nadal jest, jeżeli nie potrafi przekazać takiej ważnej lekcji innym.
A wiem, że powinnam.

Świteź 2011-07-23 00:17:47
skomentuj (0)

"Ułamek sekundy niech nie decyduje o moim patrzeniu na świat..."

Słowo po słowie buduję z powrotem swoje życie.
Każde z nich przynosi ukojenie i uwolnienie od złych emocji.
Czas poświęcony na ich pielęgnowanie nie został zmarnowany.
Dojrzewały po to, by mogły pewnego dnia objawić się pełnym zdaniem.

I nawet jeżeli gdzieś po drodze próbowały się niepostrzeżenie wyrwać
udało mi się powstrzymać tę pokusę.
Dzięki temu każde z nich z osobna i wszystkie razem
ułożyły się w zdanie, które płynnie wypowiedziane
mogło zabrzmieć z całą siłą dobrze ustawionego głosu.

Dzięki wieloletniej pracy z mikrofonem udało się uniknąć
wszystkich "pyknięć" przy dźwięcznych głoskach.

Dzięki wytężonej pracy polegającej na rozwijaniu aparatu mowy
udało się je uchronić przed utratą wydźwięku poprzez zjadanie końcówek.

Siedząc gdzieś głęboko we mnie zmieniały kolor.
Od bladoróżowych, ledwie widocznych, dążyły do krwistej czerwieni.
Od bladozielonych, przerażonych swoją siłą, przeistaczały się w soczystą zieleń.

Chwilami miałam wrażenie że przesiąkały zapachem wczesnej wiosny, by
oczarować swym aromatem w środku lata.

Okazało się ich być tak wiele, że aż strach ogarniał iż nie wszystkie zdążą być wyartykułowane.
Strach miał wielkie oczy.

Płynnie, powoli - nieco nieśmiale - wydobywały się z moich ust jak wytęsknione dźwięki, których zadaniem było koić.

I teraz, kiedy nad Warszawą szaleje przepiękna burza, głośna i donośnie brzmiąca.
Gdzieś zapomniane i zapodziane
być może nadal "zielone"
kiełkuje jeszcze jedno słowo.
I wiem, że już niebawem przyjdzie ten dzień kiedy przyjdzie i na nie czas.
Kiedy wybrzmi z całą powagą i dostojnością.
Już wiem jakie to słowo.
"DZIĘKUJĘ"


Świteź 2011-07-20 00:21:47
skomentuj (1)

...wyostrzam wzrok (... ) jak dziki zwierz jestem czujna...
Dnia za dniem ubywa.
Nie nadążam się budzić a znowu chcę zasypiać.
Kolejne wyzwania, nowe szanse, piekielne zagrożenia.
I radość z odzyskanego zdrowia.

Staram się jak mogę zachowywać powściągliwość w wyrażaniu poglądów
a emocje wyhamowuję tak mocno, że za chwilę się okaże że próbuję jechać do przodu na wstecznym.
Patrząc w lusterko obiektywnie oceniam, że momentami idzie mi co najwyżej "średnio".

Oceniając charakter człowieka z którym przyszło mi pracować
pomyliłam się jeden raz.
O jeden raz za dużo.

I choć do dzisiaj zbieram ponure żniwo tamtego błędu
warto było zdobyć takie doświadczenie.

Dzisiaj wiem, ile jestem w stanie wytrzymać.
I dzisiaj wiem, że (przepraszam, to nieskromne) chociaż pod tym wzgledem bywam nieomylna.

I nie jestem w stanie spokojnie patrzec na to co się dzieje.
Nie jestem w stanie znieść prób matactwa.
I nie, nie jestem aż tak naiwna, żeby twierdzić, że to tylko problemy z komunikacją.

Ja nie takie rzeczy w życiu widzialam.
Przez pełne trzy lata napatrzyłam się w jaki sposób robi się ludziom wodę z mózgu.
Przez trzy pełne lata patrzyłam jak niszczy się człowieka,
po to aby ugrać dla siebie coś z czego się skorzysta - bądź nie.
Ale niektórzy ludzie mają jakąś przedziwną potrzebę bycia górą.

W uwierzeniu w szczerość intencji bynajmniej nie pomaga
nieustanne zdrabnianie mojego imienia.
To wolno robić naprawdę tylko wybranym osobom.
Jeżeli w przeciągu 20 minutowego spotkania wymyśla się co najmniej 10 wersji różnego rodzaju zdrobnień
od "słoneczka" przez "kochanie" - na "pięknej" kończąc
Jeżeli do tego dolewa się wiadro pomyj, które mają być komplementem...
... to czy to takie dziwne, że się zorientowalam w zamiarach ?

Czy nikt poza mną tego nie widzi?
Czy tylko poprawność polityczna nie pozwala na głośne wyrażenie swojej opinii.

A może tak właśnie trzeba?
Może to jest na to szaleństwo metoda?

Z przyklejonym uśmiechem nr pięć robić swoje, przytakując idiotom?
I niczym dziki zwierz, być czujnym
by najbliższym osobom, które być może nie mogą zareagować
nie stała się krzywda?

Wiem, że całego świata nie zbawię.
Ale nigdy nie odtrącam ręki, która mnie głaszcze
ani tej, która chce mnie karmić..

A za przyjaciółmi stoję murem.
Zawsze.
Nawet własnym kosztem.
Bo jestem w stanie znieść wszystko, poza manipulacją.
Zbyt wiele o niej wiem.

Świteź 2011-07-18 23:09:11
skomentuj (0)

... i jeszcze wierzę...
No i przyszedł ten dzień. Znikąd. Nagle.
Minęło półtora roku a ja przeglądając w głowie szufladki zajrzałam do wspomnień, których zdawało się tam już nie być.
A jednak są.
Pewnie gdybym nie rozgrzebywała ledwie zabliźnionych ran nic by się nie wydarzyło.
Ale przecież to cała ja ;)

Walczyłam ze sobą, żeby nie spojrzeć jemu i prawdzie w oczy.
Spojrzałam i nie mogłam uwierzyć.

Tam, gdzie zawsze znajdowałam ukrytą przed światem radość i tajemnicę istnienia;
Tam, gdzie zawsze było owo "coś" w czym można było się zanurzyć i odczytać prawdziwe intencje;
Tam, gdzie zawsze znajdowało się dobre słowo, które nawet jeśli z różnych przyczyn niewypowiedziane, dało się odczytać bez większych problemów;
Tam, gdzie było tyle przestrzeni, która wołała, wchłaniała a czasami wręcz zdawała się krzyczeć:
"nawet jeśli nie możesz zobaczyć, to zamilcz... może wtedy usłyszysz..."

Tym razem niczego nie zobaczyłam.
Widziałam tylko bezbrzeżność, bezradność i dwie źrenice, które jak przysłowiowe łupinki orzecha dryfowały bez większego celu i sensu. I jednocześnie tak bardzo starały się ukryć brak masztów, sterów i oprzyrządowania ułatwiającego jak najszybsze dotarcie do portu.

Zastanawiałam się przez chwilę, skąd się bierze to udawanie.
Przecież już tyle czasu minęło, że chyba wszystko powinno być krystalicznie jasne.
Przynajmniej między nami.
Przecież tyle razy udowadniałam z uporem maniaka, że powieki nie stanowią żadnego ograniczenia.
Że nie odcinają od siebie tych dwu światów - a wręcz przeciwnie - łączą je ze sobą w jak najbardziej naturalny sposób.

Zamknęłam oczy.
Próbowałam przypomnieć sobie, co robiłam wcześniej - w podobnych przypadkach...

... nie chcę więcej płakać..


Świteź 2011-07-10 15:16:24
skomentuj (1)

halfway through

Miałam pół roku przerwy.
Przerwy od ciśnienia,
Przerwy od myślenia.
I od pisania w pewnym sensie też.
Układałam swoje małe życie kawałek po kawałku.
Rosłam.
Żeby nie powiedzieć, że dorastałam.
Umoczwszy dupę na całej linii miałam czas na pozbieranie porozrzucanych nie do końca wiadomo gdzie zabawek.
Zrobiłam kilka szalonych rzeczy i byłam na pierwszym od lat zasłużonym urlopie.

A uśmiechy ludzi wysyłających mnie "w cholerę" i tych samych, którzy na mnie tutaj z jakąś przedzwiną tęsknotą czekali, uświadamiały, że to co robię ma jakiś sens.
Żyłam nie patrząc w kalendarz.
Żyłam nie modląc się do komórki, by w końcu zadzwoniła utęsknionym dzwonkiem.

Odcięłam się od tego co podcinało skrzydła i nie potrafiło znieść, że dobrze jest.
Odcięłam się od powtórek z przeszłości i złamanych serc.
Odcięłam się od potrzeby ratowania całego świata.
Niestety, dopiero wtedy, gdy trzeba było ratować ten "mój", który się zapadał.

Myślałam, że pół roku, to wystarczający czas na to by się pozbierać.
Więcej powiem - byłam przekonana, że jestem już dawno pozbierana.
Bo przecież taka silna jestem, że "ach" i "och" !

I znów, po raz kolejny, kompletnie siebie samą zaskoczyłam.
I choć inni pewnie tego nie zauważyli:
Nie wiem, czy pozbieram się kiedykolwiek.
Nie wiem, czy kiedykolwiek będę potrafiła się przyznać do tego, co tak naprawdę mnie tak cholernie rozchwiało.
To chyba kwestia nauczenia się, aby żyć niezależnie od tego, co się wcześniej zadziało.

Ja nadal nie umiem,
ale pewnie nadal
będę się starała.
Chyba na tym życie polega.

I dopiero wtedy się okazuje, kto przychodzi do Ciebie żeby dać Ci czekoladę na poprawę nastroju, kto jest w stanie przytulić, kto dzwoni nieustannie,
A kto stara się rozsmieszyc pierdołami, nie mając jeszcze odwagi zapytać o przeszłość i o to co się tak naprawdę dzieje.

You're losing me,
There's nothing You can really do...


A potem lodowiec zaczyna topnieć.
A potem cienką strużką zaczynają się sączyć emocje.
A potem strużka się zmienia w potok.
Który niepostrzeżenie chce wpaść do dużej rzeki... i nie zastanawia się nad tym, czy wpadając zrobi więcej szkody niż pożytku.
On robi to, co do niego należy.
Ja się ciągle waham.
A może nie powinnam?

You're losing me
I'm already halfway through
..to him, from you.


Milion pytań zaczynających się od "Dlaczego..?" i "Czy aby na pewno...?"
Nie chcę żeby już mi się cokolwiek wydawało.
Chcę być pewna tego, co się dzieje.
Świadomie i trzeźwo patrzeć na wszystko dookoła.

I wcale nie chcę niczego zapominać.
Bo za dużo się nauczyłam, żeby to zmarnować.
Chcę po prostu pokazać - i to samej sobie - że można inaczej.
Że można spokojniej.
Że to może mieć sens.
Że można z uśmiechem na twarzy.
Żyć.
W absolutnie pełnym tego słowa znaczeniu.

Świteź 2009-12-15 01:23:01
skomentuj (1)

Dzieje się, dzieje i dziać się niech nie przestaje...

Wychodzę z mocnej zakrzywionej na nierówną jeszcze - ale zawsze - prostą.

Wszystko się układa powoli... chwilami do snu :)
Bo zegar biologiczny się przestawił i w okolicach godziny 22 już mnie nie ma wśród żywych.
I pomyśleć, że jak byłam mała, to mój tato tak ze mną walczył, żebym grzecznie szła o tej porze do łóżka. A teraz sama to robię.
Bez odgórnych nakazów.

No i wszystkie dzieci w rodzinie, i poza nią, rosną jak na drożdżach, pięknieją, uczą się nowych rzeczy i są cudownie i rozkosznie rozczulające.

Z czasem się okazuje, że zawodowo nie jest źle, a właściwie jest dobrze i są spore szanse na to, żeby było jeszcze lepiej... tylko muszę ciut odpocząć, bo jak nastąpi zmęczenie materiału to długo nie pociągnę.

"Musi istnieć jakiś język, który obywa się bez słów.
Jeśli nauczę się rozszyfrowywać ten język bez słów,
uda mi się rozszyfrować świat
"
/Paulo Coelho/


Lubię ten uśmiech... niepewny, nieśmiały.
Zastanawiający się ile jeszcze można powiedzieć, żeby nie przegiąć.
Milion pytań na końcu języka.
Żadne nie zadane.
Każde czeka na właściwe miejsce w czasoprzestrzeni.

Wystarczy jedno spojrzenie i pół mrugnięcia.
I wszystko jasne. Podane na srebrnej tacy.
Uwielbiam to: "Spoko, Mała, jest dobrze"

Kontakty z ludźmi dookoła poprawne. Czasem rozkoszne. Czasem cudowne.
Grunt, że śpię spokojnie i nie budzę się z wrzaskiem.

Zawsze jest Ktoś, kto ugłaszcze i utuli wszystkie wątpliwości, które niestety nadal się pojawiają.

Dźwięki nadal koją nieprawdopodobnie.
Balantine's z lodem i colą koi skutecznie.

I obiecałam sobie - tym razem też nie pozwolę się wyprowadzić z równowagi.
Będę słodka, dobra i spokojna.
Przeciwnik niech się albo porzyga od tej słodyczy, albo powiesi z rozpaczy.

To już jest poza mną.
Liczy się tylko to, że dotrzymałam wszystkich obietnic.

Liczą się też spokój i dobro, o które mam zamiar nadal walczyć.
Bo jestem, jak to ktoś niedawno powiedział: nie dość, że "upierdliwie zdolna" to jeszcze zaskakująca - całym wzrostem w pakiecie i każdym z moich centymetrów osobno.

hihi ;-)


Świteź 2009-08-07 10:48:30
skomentuj (3)

Reorganizacji ciąg dalszy.

Pierwszy etap przebiegł prawidłowo.
Nie powiem, że bezboleśnie.
Nie powiem, że nie był okupiony nieprzespanymi nocami.
Ale to, co najważniejsze, zostało osiągnięte.

Bliscy mi ludzie, oceniając moje zachowanie, powtarzają niczym mantrę jedno sformułowanie:
"Świteź, w końcu odżyłaś".

I jest w tym dużo prawdy.

Wiem, że w międzyczasie pokazałam pazurki.
Wiem, że w międzyczasie byłam wulgarna.
I wiem, że jak ktoś jeszcze raz będzie chciał mnie sprowokować, to zrobię dokładnie to samo.

Bez najmniejszych wyrzutów sumienia.

I nie jest to ani obietnica, ani groźba.
Tylko realne stwierdzenie faktów.

Lojalnie uprzedzałam - od wielu miesięcy - że pewnego pięknego dnia nie wytrzymam.
I ten dzień nadszedł.
Nikt mi nie wierzył, a potem wszyscy się nagle zdziwili.
I dobrze.
Stójcie sobie dobrzy ludzie z rozdziawionymi buziami
i zastanawiajcie się co mnie opętało.

Nie chcę tracić czasu na wieczne rozkminianie niewiadomo czego.
Chcę iść do przodu.
Chcę się rozwijać.
Chcę mieć prawo głosu, bo naprawdę dawno temu skończyłam osiemnaście lat.
Nie chcę wykonywać poleceń i przytakiwać obcym teoriom tylko dlatego, że komuś się coś w głowie upierdoliło.

A jeżeli mam mieć opinię suki albo dziwki - to OK.
Ale tylko wtedy, kiedy będę albo jedną, albo drugą.

Jak na razie nic mi nie wiadomo o tym, żebym kogoś zdradziła,oszukała albo niszczyła.

I mam tylko nadzieję, że za chwile się nie okaże, że Komuś, komu byłam gotowa niebo przychylić, zrobiłam niedźwiedzią przysługę.
I że się nigdy nie okaże, że moimi rękami ktoś leczył swoje chore ambicje, kosztem innych osób.
Za to przychodzą mi do głowy jedynie groźby karalne, których nie upublicznię.

Jeżeli teraz jestem głupia, to i głupia umrę, ale naprawdę mam czyste sumienie.

I nie chodzi o pieniądze.
Bo byłam zawsze wychowywana w przekonaniu, że jeżeli coś robisz z głębi duszy, ocierając się o najwrażliwsze pokłady tego, co w człowieku najcenniejsze, nie możesz myśleć o finansach.
W takich sytuacjach dobro drugiego człowieka powinno zawsze stać na pierwszym miejscu.
Niezależnie od tego kim jest, kim się okazuje i czy wyobrażenia rozmijają się z rzeczywistością, czy też nie.

I prowadzi to tylko do jednego.
Do sowitej nagrody.
Albo tu, albo po drugiej stronie rzeki.
Niezależnie od wyniku.

I wiem, że już dzisiaj jestem znacznie bogatsza.

Etap drugi reorganizacji rozpoczął się pomyślnie ;-)
To, co powinno być we mnie docenione - jest.
To, co powinno być ze mnie wykorzenione - staje się.
To, co powinno się we mnie rozbudzić - zostało rozbudzone.
A to, co powinno się we mnie uspokoić - jest skutecznie i systematycznie wyciszane.

Nie zagłuszane. WYCISZANE.

A to jest zasadnicza różnica.

A dobre duchy pilnują dobrych snów, prawidłowego odżywiania, odpowiedniej ilości odpoczynku, a wieczorami słodko szepczą: "dobranoc" ;-)



Świteź 2009-06-15 00:04:05
skomentuj (1)

Reorganizacja.

Reorganizacja musi nastąpić.
Nie bez powodu poeta napisał "i niech stanie się to tu i teraz".
Reorganizacja w trybie natychmiastowym.
Bo oszaleję... o ile nie stało się tak do tej pory...

Na dobry początek fryzjer, błoto na twarz i wyłączanie telefonu, żeby nikt mnie nie niepokoił, kiedy mnie niepokoić nie wolno. Zwłaszcza gdy odpoczywam.
Maile nadal odbieram.
Od czasu do czasu.

Kontynuując wątek reorganizacyjny, po powrocie z długiego i bardzo potrzebnego urlopu (najpierw z dzieciakami, potem z mamusią) przemeblowałam mieszkanie. Niby chodziło tylko o to, żeby "coś" się zmieniło w momencie, kiedy ja niewiele zmienić mogę... ale na dobrą sprawę walka toczyła się o mój biedny kręgosłup.

Reorganizacja nastąpiła również w moim telefonie.
Bardzo się zmieniła lista najczęściej wykonywanych połączeń.
I bardzo dobrze, to też ma służyć poprawie.
Nie tylko mojego nastroju.

Nie będę jedynie reorganizować mojego sposobu myślenia.
Jestem niebezpiecznie pewna, że jest on prawidłowy.
A wydarzenia minionych dni utwierdzają mnie jeszcze bardziej w tym przekonaniu.

Ktoś mi podłożył wielką, oblepioną błotem, nieprawdopodobnie śmierdzącą, wściekle różową świnię.
Nie wierzę w "takie" przypadki i zbiegi okoliczności.

A biorąc pod uwagę, że się niedawno postarzałam i jest mi już bliżej do trzydziestki niż dwudziestki, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem za stara na takie numery.

Mnóstwo błędów zostało popełnionych.
Za dużo słów - wypowiedzianych.
I jeszcze więcej zachowań - źle zinterpretowanych.

Więc trzeba zreorganizować sposób - nie cel.
...odnoszę nieodparte wrażenie, że znowu pójdę po bandzie i będzie to się odbywać "na bogato"...
Raz się udało... teraz będzie trzeba to powtórzyć. Dobre duchy mnie nie opuszczają. Wytrzymują, kiedy ja nie wytrzymuję. I Bogu i im za to dziękuję.

Świteź 2009-05-10 16:21:34
skomentuj (0)

Zatańcz ze mną jeszcze raz...

To niesamowite, że znowu prosisz mnie do tańca.
To niesamowite, że znowu się na to zgadzam.
Mimo podeptanych palców, zdartych trzewiczków i drżących dłoni...
... wstępuje w Ciebie prawdziwy macho.
W tle niskim głosem Sting spiewa o Roxanne...

a potem... tak jak w życiu...
Wolno, wolno... wszystko toczy się w iście żółwim tempie... wydawać by się mogło, że pewne historie nigdy się nie wydarzą, albo przyjdzie na nie czekać wiele lat.

Po czym szybko, szybko się coś zadzieje, podejmujesz jakieś niezrozumiałe dla mnie decyzje... i znowu wolno, wolno się robi i muszę długo czekać na jakieś wymierne efekty... najczęściej objawiające się podjęciem gwałtownej decyzji o zrobieniu kroku  w przód... tylko po to, żebyś później szybko, szybko się wycofał.

Sting nie będzie śpiewał wiecznie...


Świteź 2009-03-30 00:00:06
skomentuj (1)

Szklane Góry

Wiem że jesteś u stóp
Swych szklanych gór
Aby wspinać się
I opadać w dół

Może właśnie tego chce od Ciebie Bóg ?
Abyś szukał do niego ciągle nowych dróg ?


Szklane góry mają to do siebie, że wyrastają nagle i niespodziewanie.

A to ktoś - kto był blisko - nagle zostaje oddzielony od ciebie przezroczystą szybą. Pancerną i dźwiękoszczelną chwilami.
Tam jest inny świat.
Tam są inne melodie.
Tam inaczej się dźwięki buduje.
Wiem, że nie wolno ich ze sobą porównywać.
To, że są inne – nie oznacza jeszcze, że gorsze lub lepsze.

A to ktoś - komu zawsze wszystko wychodziło – napotyka niespodziewanie na swojej drodze taką szklaną górę… a że jest przyzwyczajony do odwiecznej wspinaczki, nie zwraca uwagi na to, że robi trzy kroki a potem – zgodnie ze scenariuszem – obija swoje zgrabne cztery litery ześlizgując się jak kot po gładkiej krawędzi wanny.

A to ktoś – kto zawsze musiał się spieszyć – przyzwyczajony do konkretnej trasy, goniąc swoje szczęście nagle rozpłaszcza się na takiej szklanogórskiej ścianie. A potem z przyklejonym do szyby noskiem i z typowo dziecięcym zdziwieniem w oczach obserwuje świat, który znajduje się po tej lepszej, zdawać by się mogło, stronie.

A to ktoś – kto już kiedyś:
był oddzielony/ ześlizgnął się na dupsko/ rozpłaszczył się na szybie (właściwe podkreślić) -
i doskonale pamięta ten bolesny epizod, i doskonale wie, jak złośliwe bywają szklane góry, na wszelki wypadek spaceruje po świecie z wyciągniętymi przed siebie łapkami sprawdzając, czy oto - przez przypadek - coś nowego mu na drodze nie wyrasta. Tak zwana profilaktyka.

A Tobie, kochanie, ktoś już kiedyś opowiadał bajkę o szklanych górach, prawda?
A mimo to stanąłeś właśnie przed jedną z nich…

A ja … a ja łapię się na tym, że  stoję jak ta idiotka. Macham. Daje znaki świetlne zielonymi oczkami. Efekt znikomy, jeśli w ogóle jakiś.

Ja wiem doskonale gdzie wyrośnie następna góra.
…może to przecieki z „Centrali Na Górze” ?
… a może tak zwane życiowe doświadczenie?

Zdrowy rozsądek każe mi jednak milczeć.
Mogę tylko sugestywnie wskazywać miejsce, gdzie zaczyna się tunel biegnący przez prawdziwą górę… o którego istnieniu wiedzą nieliczni.

A to, czy dostrzeżesz moje wskazówki… na to nie mam wpływu.

… ale może jak następnym razem się spotkamy, powinnam Ci opowiedzieć w jaki sposób posiadłam tą wiedzę i jak pokonałam jedną ze swych szklanych gór, którą życie mi wybudowało?

… a może sam na to wpadniesz?

… przypomnij sobie tylko, jak zapytałeś mnie, dlaczego nie rozstaję się z tym kamykiem w torebce…

:)



Świteź 2009-03-02 01:50:06
skomentuj (1)

Jestem typową kobietą.

Jestem typową kobietą. Jestem tak TYPOWA, że nadaje się jako wzorzec do Sevres pod Paryżem.
I w związku z tym przepraszam bardzo wszystkich, którzy mogli z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu sądzić że jest inaczej.

Bardzo się obruszyłam ostatnimi czasy, "podsłuchując" niejako rozmowę dwóch bardzo bliskich mi panów na mój temat.
Jeden do drugiego powiedział:
"Wiesz jakie są kobiety,wszystko wyolbrzymiają, ja Madzię biorę na siebie".

No to myślał, że weźmie...
W rezultacie tak zwanego równouprawnienia wzięłam ja.

I siebie i jego.
:)

To zaoowocowało tym, że hasło "bo ci jaja urwę" weszło już na stałe do słownika kobiety pracującej z mężczyznami :)

Ale nie o tym miało być.

Był misternie tkany od kilku miesięcy plan.
Miała być wielka niespodzianka.
Wyszedł wielki niewypał ze względu na inne plany i zobowiązania pewnego delikwenta.
Delikwent nawet się nie dowiedział o tym, że jakiekolwiek plany względem jego osoby zostały przez nas poczynione.
Rezultat był taki, że zabrakło go na wczorajszym koncercie The Rasmus w warszawskiej Stodole.

A ja jak idiotka i TYPOWA kobieta zamiast cieszyć się kapitalnymi dźwiękami i tym, że w ogóle mogłam być na tym koncercie, wkurzałam się, że to nie dla mnie tu grają.

No po prostu jestem kretynką.
No po prostu to się powinno leczyć.
No po prostu... :)

Rasmus

A grali niesamowicie, mimo że podpierali się półplaybackami.
Wokalista jakby go piorun strzelił. O energię mi chodzi, nie włosy :)
Publika jak naćpana, w transie.
Średnia wieku taka, że się czułam jak na rencistkę przystało :P
A ten Kudłaty wymiatał. Zawodowy gitarnik. WOW.

Bardzo udany koncert.


"Don't leave me now
Stay another day
With me
When you're sad, and no-one knows it
I'll send you black roses"





Świteź 2009-02-22 20:57:30
skomentuj (0)

Coś się kończy, by inne coś zacząć się mogło. To dobrze :)

W nieznanym mi numerze miesięcznika „Nieznany Świat” jest rozmowa Wojciecha Chudzińskiego z księdzem Francis Brune, autorem książki „Umarli mówią do nas” o transkomunikacji z osobami nieżyjącymi. Cytat:

„Tam gdzie występuje Dobro
natychmiast pojawia się zło, by popsuć co tylko się da.
Na szczęście tam, gdzie działa zło,
z pomocą spieszy dobro, by ograniczyć szkody"

Ogrnaniczałam szkody jak tylko mogłam. Przez cały rok. Walczyłam ze złymi mocami, złymi uwarunkowaniami, złymi ludźmi, złymi pomysłami, złymi humorami, złymi, złymi, złymi...
Dzięki tej (nierównej jeszcze) walce na mojej drodze pojawiło się mnóstwo dobrych ludzi. Nawet takich, którzy wcześniej złymi mocno się wydawali...

Rozwijałam się jak umiałam.
Uczyłam się widzieć niedostrzegalne
Czuć niewyczuwalne
Słyszeć niewypowiedziane.
Byłam nawet gdy mnie nie było.
Płakałam śmiejąc się i odwrotnie.

Serce biło mocno i równo. Niezmiennie.
Wszystkie wątpliwości rozwiązywały się nie później niż dwa dni po zaistnieniu owych.


W styczniu
było słodko i kolorowo. Na początku. Były spotkania, obiadki, sesje fotograficzne i niezaprzeczalnie nieprzewidywalny sukces.
A potem przestało być kolorowo. Zrobiło się czarno dookoła a zapach igliwia zaczął mdlić a nie cieszyć. Ale za to w sercu nosiłam dziwnie biały spokój o wszystko i wszystkich - i o sprawy doczesne i inne. Mój spokój udzielał się innym członkom rodziny i zaskakiwał tych, których do siebie w tamtym momencie dopuszczałam.
Nieoceniony okazał się G. Tylko z nim umiałam o tym rozmawiać.
...tego się nie zapomina.

W lutym
było cholernie wolno. Niby pracowałam, żyłam, śmiałam się... ale wszystkie czynności które zajmowały mi dajmy na to 10 minut - robiłam w 20. Tak wolno nie kontaktowałam nigdy i przekonałam się że prawdą jest iż "cisza krzyczy najgłośniej". Jednakże chroniona przed Dobre Anioły mimo spowolnienia reakcji nie straciłam czujności. Dzięki czemu zostałam zakwalifikowana do odstrzelenia w tempie natychmiastowym. Do dzisiaj wszystkie strzały były chybione.

W marcu
pochłonięta byłam pracą w fundacji i realizowaniem cudzych chorych marzeń. Tylko dlatego że dobrze mi płacili. Przeżyłam też niezapomniane spotkanie na kawie. Był śmiech, radość, szczęście i spójność. Zobaczyłam chyba tamtego dnia więcej niż się spodziewałam. Marzec był też momentem kiedy stwiedziłam, że jestem chyba ze stali i że nic mnie już nie ruszy. Po piętnastu minutach od tego stwierdzenia na zaprzyjaźnionej podłodze w zaprzyjaźnionej kuchni z zaprzyjaźnionymi czarownicami w zaprzyjaźnionym Płocku płakałam jak dziecko. Więcej się to nie powtórzyło. Płacz w sensie.

W kwietniu
skończyłam 24 lata, siedziałam w studiu w Łomiankach, robiłam nam kawę i wypełniałam się dźwiękami które koiły. Zwłaszcza gitara w kuchni i eh.... ten saxofon:)

W maju
nie czułam maja, nie czułam nic. Bałam się jak cholera. Ale założyłam firmę i zaczęłam zapieprzać w tempie takim, że sama za sobą nadążyć nie umiałam. Wtedy pierwszy raz krzyknęłam, rugnęłam i zaskoczyłam, że tak potrafię w ogóle...

W czerwcu
zbierałam owoce majowej pracy. Konferencja w Sali Kolumnowej Sejmu. Ja - jako współorganizator. Na dodatek, cholera, nie dość że zdolny to jeszcze zajebiście wyglądający. Poza tym że zaskoczyłam samą siebie, to najbardziej chyba tych, którzy słyszeli o mnie dużo i podczas Konferencji ową wiedzę zweryfikowali. Nigdy nic mi nie dało takiej satysfakcji. Niezaproszona Jędza nie wytrzymała ciśnienia i sama opuściła mój teren. Chyba żałowała, że wchodząc na krzywy ryj zrobiła idiotkę z siebie, mimo że to ja miałam zostać okrzyknięta tym epitetem.
Po rozmowie o obrazach, malarzach, kolorach i grubościach pędzli pijąc wino przed lokalem w którym zwykle odpoczywałam, zrozumiałam że będzie ciężko. Tydzień później wiedziałam że wytrzymam. Gorzej będzie tylko z powietrzem....

W lipcu i sierpniu
Brakowało mi powietrza. Chodziłam struta i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Boże, jaka byłam upierdliwie monotematyczna.
Zmieniłam mieszkanie, łącze internetowe i punkt widzenia. Miało być bezpieczniej. O ja naiwna... ale przynajmniej mam piękny widok z okna i duży balkon.

We wrześniu
powoli i opornie, ale zaczęłam stawiać na swoim. .. Nadrobiłam zaległości na uczelni, zdałam za trzecim podejściem znienawidzony pozytywizm.

W październiku
dzień za dniem gonił, a ja goniłam terminy, które chcąc nie chcąc chwilami goniły mnie. Stałam się pilną studentką, co można było przewidzieć - że do czasu.

W listopadzie
zaczęły sie ostre tarcia w sprawie kolejnej konferencji. Cudem udało się wszystko dopiąć, mimo że kilkakrotnie traciłam cierpliwość.
Ważna rozmowa. Uwierzyłam że może być tylko lepiej.
Poza tym znów pojechałyśmy do zaprzyjaźnionego Płocka. Znietrzeźwiłam się za wszystkie czasy. Wróciłam do Warszawy zmaltretowana niemalże. Ale wyluzowana jak nigdy wcześniej. Żal mi tylko że z powodu ułańskiej fantazji zrobienia komuś reaktywacji ktoś jeszcze poza mną musiał cierpieć :P

W grudniu
kontynułowałam odwiedziny w jaskini lwa. Ależ się ubawiłam :) I Warsaw by night w deszczu i zimnie. I późny powrót do domu...
Poza tym następna konferencja. Mimo że publiczności zdecydowanie mniej niż w czerwcu - efekt dokładnie ten sam. I tę bitwę wygrałam. Nie sama rzecz jasna, ale o mnie w dużej mierze chodziło. I wyrazy uznania, których do dziś nie rozumiem od pewnego mocno postawionego człowieka, cmoknięcie w policzek i ostrzeżenie "uważaj na siebie" połączone z przekonaniem że faktycznie
jestem po stronie Prawdy.
Święta rodzinne, przechorowane. Solidarnie wszyscy byliśmy zasmarkani.
Ale odpoczęłam nieprawdopodobnie i zebrałam siły na Nowy Rok.

I dobrze. Bo Nowy ledwo się zaczął... a zaskakuje i wprowadza na dzień dobry takie zmiany, że łeb urywa :)
Pierwsze dziewięć dni Nowego Roku upłynęło pod hasłem:

Mamma Mia! Here I go again... my, my :D

...wierzę, że następne będą bliźniaczo podobne, czego i Wam moi Drodzy życzę.
:)

Świteź 2009-01-09 15:04:15
skomentuj (0)

Jeszcze raz... jeszcze troszkę... jeszcze wytrzymam :)

Żyję w tempie, którego nie da się nazwać. Jestem w jakiejś nietypowej podróży. Nie mam biletów, rezerwacji, hoteli. Nie mam walizek.Właściwie nie opuszczam dobrze znanych mi rejonów… Ale nieustannie się przemieszczam. Nie zaliczam też odlotów, mimo że wieczorami jestem na autopilocie. Permanentnym.

Niestety śpię mało. Za mało. Ale dzięki temu udało mi się znaleźć trochę czasu dla dawno niewidzianych znajomych. Spotkania po wielu miesiącach… a wszystkie takie jakby tylko trzy dni minęły.

Dużo też czytam. Dużo też myślę. I rozmawiamy dużo. Nigdy „za dużo”. Słucham, zapamiętuję. Czasem pytam. Zaśmiewam się albo ukradkiem łezkę ronię. Wspieram. Trzymam ukradkiem za rękę.Czasami krzyknę albo i tupnę, żeby efekt był wzmożony.Nie pomyliłam się jeszcze, mimo wszystko…

Prowadzę też wojnę podjazdową. Okopy wroga poznałam już jak własną kieszeń…

A jak kiedyś gdzieś coś wybuchnie, to nikt mnie nigdy z tą sprawą nie będzie miał odwagi jakkolwiek powiązać.

Żmija jestem. Wiem. Lol ;)

 Dodatkowo spieszę wyjaśnić:

-nikomu nie podłożyłam świni ani innych prosiakopodobnych;

-nikogo w niczym nie sypnęłam;

-nikomu nie skłamałam;

-nikomu złego słowa nie powiedziałam, mimo że mogłabym powiedzieć nie tyle „słowo” co zdanie… a właściwie to nawet cały akapit.

 Ponadto muszę nadmienić, iż nie uważam że cel uświęca środki. Zwłaszcza, że nie jest on szczytny, tylko idiotycznie nienormalny. Normalnie popieprzenie z popie…. z popieraniem jakiejś kompletnie dla mnie niezrozumiałej ideologii.

 A z rzeczy bardziej przyziemnych:

Do 17 grudnia coraz bliżej. Konferencja dopięta na ostatni guzik.. Teraz ostatnie ustalenia, godziny, dojazdy… stroje… i kijek… do połknięcia. A potem się urżnę na wesoło. Będę pić dobre czerwone wino i śmiać się głośno z tego, czego inni nie dostrzegli… więcej nie powiem ;) Moje. ;)



Świteź 2008-12-12 22:04:33
skomentuj (0)





Księga

.:Podglądaj:.
.:Zostaw ślad:.

Sznureczki

| Zaglądam |
Fijoł i...
... jego żona:)
Moniśka
Misiek
Ulka
Barchetta
Niquolle


Stare dzieje

2012
marzec
2011
sierpień
lipiec
2009
grudzień
sierpień
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
kwiecień
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad

web stats stat24.com
Number of online users in last 3 minutes
online casino